krawędź, dziewczynki, rebelianci, teoria, nieszczęście, mi, duchy, radość, pięcioro, rozczarowanie, postanowienia, ucieczki, dalej 12. Dalsze losy bohaterów utworu — Halo? — zapytała nerwowo Nina, oby to była Sophie. Włączyła tryb głośnomówiący dla Ralpha.
— Halo, kicia — powiedziała czule, leniwie i jak rasowa utrzymaneczka (którą w istocie chyba była, z tymi jej pięknie polakierowanymi paznokietkami, z kawiorem o poranku, z brakiem własnych podomek) marnotrawna córeczka Soph. — Co na starych śmieciach? Nina nabrała powietrza w płuca, żeby na nią nawrzeszczeć, że się nie odzywa, że wszystko, ale no nie! Jako, że Sophie nie wydawała się być przejęta, postanowiła udać, że jej też nic to wszystko nie obchodzi. Z klasą. Z klasą. (Boże, nigdy dotąd nie musiała sobie powtarzać, żeby zachowywać się z klasą — zawsze przychodziło jej to przecież naturalnie. Ale cały świat widowiskowo upadał, cały ich uroczy mikrokosmos i wszystkie jego składniki… Jej styl musiała do tego dołączyć, ale mimo wszystko to taki żal i wstyd.) — Mi wpadła pod ciężarówkę, kurs z Juneau do Tijuany, wiozła kurczaki — zażartowała chłodno. Ralph spojrzał na nią z dzikim wyrzutem. — Jak ty pieprzysz czasami — westchnęła Sophie, wygodniej wyciągając się na ciemnobordowych i białych poduszkach i rozkoszując się swoją nową kreacją. — Pewnie chcesz spytać, co u mnie, co? — Marzę o tym i właśnie dlatego nie pytam — odwarknęła Nina. Co za głupie dziecko, co za wredne, bezczelne, egotyczne dziecko; powinna ją znienawidzić, a tu mimo wszystko… — Poznałam mężczyznę — oznajmił lapidarnie niedorosły obiekt miłości farbowanych na rudo (byłych?) diw. — Gra rocka, jest piękny, jest bogaty. Raphael Signe, słyszałaś? Słyszała. Ten taki trudny, nie no, ale — durna groupie-Soph, z rockowymi facetami nie ma normalnego życia, weźmy Jimmy’ego, w co ona się wpędza. — I co, będziesz u niego mieszkać, aż się odkocha i cię wypierdoli? — warknęła. Ralph jęknął i pokręcił głową z dezaprobatą, ona w nerwach okropnie się wulgaryzowała, ta Nina. — On już się nie odkocha — powiedział Sophie z niesamowitą pewnością siebie. — Bo wiesz, ja teraz jestem jak ta pajęczyca Mi, oplątałam go wokół siebie jak ona naszego kochanego Ralpha, tylko że ja jestem taka więcej dobra, hi hi. (Obruszył się po raz kolejny: i ta też insynuuje jakieś rzeczy z jego boginką, co za potwory.) — Uważaj, oni wolą blondyny z silikonem, ci rockmani — rzuciła wściekła żmijka Nina i właśnie wtedy zadzwoniła komórka Ralpha. — Oho — powiedział boleśnie i wydobył telefon z wewnętrznej kieszeni beżowej marynarki. — Cześć, tu Cat — powiedziała słuchawka zdławionym głosem. — Wiesz, co z Niną? Bo ma zajęte. — Jestem u niej — objaśnił Ralphie po ojcowsku. — A co się stało, moja droga? — Nic, mój facet leży martwy na podłodze — rąbnęła Catalina bez ogródek. — Dupa w troki, powiedz Ninie i niech przyjeżdża, wszystkiego dowiecie się na miejscu, bo długo nie wytrzymam. Specjalnie nie powiedziała Ralphowi o śmierci Mi, jeszcze dostałby ataku nerwowego i koniec końców nic nie przekazałby Ninie. A tak — zaraz po odłożeniu telefonu powtórzył dokładnie. — Nina, dzwoniła Cat, mówi, że Jimmy martwy na posadzce. — Co? Cicho, Sophie. Powtórz, Ralph — poleciła zalatana Friedman i odgarnęła włosy. — No, że jej Jimmy umarł. Żartuje na pewno, ale wolałem… — Idioto ty! — wrzasnęła Nina, przerażona, bo, Jezu, to mogła być prawda. — Cat tak nie żartuje przecież, kurwakurwakurwaaaa! Ralph, jedziemy tam do niej, biedna Catalina, kurrr… Soph! — dopadła z kolei porzuconej na linii kochaneczki Raphaela S. — Pa! Po czym rzuciła gdzieś słuchawkę, zostawiła cały ten bajzel na stole, jedną ręką chwyciła leżące w misce na owoce kluczyki do Sunny, a drugą nadgarstek Ralpha (też już przerażonego możliwą śmiercią tej fille malicieuse, która nadawała sens jego nędznemu życiu), a potem w dzikim pędzie zbiegli na dół, prawie skręcając kostki i zamykając drzwi jedynie na zatrzask. To nie było to, że Catalina nie była oswojona ze śmiercią. Żona jej wuja Guillermo, Lenina — trafiła do Meksyku po tym, jak próbując przedostać się z Kuby do Miami, nawigator-idiota jej łodzi kompletnie źle wytyczył kurs, no a potem to już się zakochała — była gorącą wyznawczynią kultu Santa Muerte i w domu wujostwa stała ta wielka biała figura, a mała Catalina nieprzyzwoicie jak na dziecko uwielbiała ją i tę jej kosę, i to jej wszystko. A potem umarła jej babcia, Catalina miała z pięć lat i oglądała tego trupa, a cała rodzina płakała rzewnie i ona też pochlipywała dla towarzystwa. Mimo wszystko chciało jej się rzygać od tego mdłego zapachu umarłych: ponieważ nikt tego nie zauważył (wszyscy byli zbyt zajęci rozpaczaniem), w końcu zwymiotowała martwej babci na odświętne buty i wtedy jej się dostało. (Jako że babcia nie miała na składzie innego odpowiedniego do trumny obuwia, trzewiczki wytarto i zostawiono, jak było.) A potem miała psa i ten jej wpadł pod samochód, jakiegoś wściekłego lamusowego kombi, i leżał tak z wyprutymi flaczkami na zakurzonej meksykańskiej drodze — co za turpizm — aż podbiegła do niego z krzykiem ta słodka, śliczna i dwunastoletnia mała Latynoseczka, piękne opalone dziecko o wystających kolanach i tym cudownym nimfetkowatym meszku na karku, boso, i zobaczyła tego psa… Wtedy już nie wymiotowała, wtedy tylko ryczała. Kiedy w niecałe dziesięć lat później weszła do własnego mieszkania i zobaczyła martwe ciało swojego chłopaka, rozciągnięte na podłodze i ewidentnie martwe, ani się nie popłakała, ani nie zwymiotowała. Już się nauczyła, że to nigdy nic nie daje; co coś dawało? Telefon do mamy Niny. — Raaaphael… — zamruczała czule Sophie, wsuwając owinięte w purpurowe prześcieradło słodkie ciałko do kuchni, gdzie on właśnie przygotowywał podwieczorkową przekąskę. — Cześć, maleństwo — odruchowo objął ją w pasie i pocałował niedbale w czoło, jak uroczego szczeniaka, jednocześnie otwierając puszkę orzeszków solonych. — Słuchaj — zaczęła poważnie ona. — Ja muszę wziąć taksówkę teraz i pojechać do przyjaciółki, bo mi się wydaje, że jej chłopak umarł czy jakieś takie wiesz, afery, trzeba przy tym być, nieść wsparcie, wiesz. — Kurwa. — Raphael odłożył orzeszki. — Nie, ty nie mówisz serio, prawda? — Ja zawsze jestem serio. — Jezu. Włóż coś na siebie i jedziemy. Sophie pomachała mu kokieteryjnie i opuściła kuchnię. Co to była za pierdolnięta baba, doprawdy. Ale w końcu gdyby jej tego brakowało, co ciekawego by w niej odnalazł? Ubrała się szybko w jakieś jego polo, dorzuciła swoje pończochy (wczoraj poszła kupić sobie parę podstawowych ciuchów, bo co prawda fajnie było zabierać Raphaelowi górę, ale w jego gaciach jakoś jej się nie chciało, chociaż to chyba Vivienne Westwood zalecała na dobę kryzysu, no, nieważne) i buty jeszcze z tamtej pierwszej nocy, a potem załadowali się do jego nowiuśkiego hummera i ruszyli w stronę gorszych dzielnic, w stronę domu Cat. Sophie przez całą drogę potrząsała wilgotnymi jeszcze włosami, żeby się lepiej ułożyły, żuła gumę peppermint i gadała o rockowych ambicjach Jimmy’ego. Umilkła dopiero, kiedy odnotowała, że zdarła sobie kolano i zaczęła myśleć, na czym. — Jesteśmy! — oznajmiła Sophie radośnie, wparowując do mieszkania Cataliny i Jimmy’ego. Ta pierwsza, potargana, blada, w prześlicznej różowawej sukience, wyszła jej na spotkanie i zaczęła agresywnie: — Gdzie Nina? — Nina, Nina — machnęła ręką Sophie. — Co tu się właściwie stało, bo nie mam dokładnych informacji, jakieś strzępy tylko. Aha. To jest Raphael, a to jest Catalina. No, a teraz opowiadaj już, złotko. (Raphael zmierzył spojrzeniem znawcy śliczne nogi Cat, ale to wszystko było tylko teoretyczne; Sophie naprawdę zdołała go w sobie zakochać, już prawie zupełnie uzależnić.) — Opowiadać — powiedziała Catalina szyderczym jak sama śmierć głosem. — Sama sobie pooglądaj. A potem wpuściła ją do tego salonu, gdzie leżeli bez życia Jimmy i Mi, popsuci, niezdatni do użytku, Mi jak Barbie z odkręconą główką, już nie piękna, tylko przerażająca, Jimmy z bezładnie rozrzuconymi włosami zakrywającymi przynajmniej otwarte oczy. To właśnie u Mi było najgorsze, ta martwa już teraz zabójcza zieleń wpatrująca się gdzieś w zaciek na suficie; gdzie się bawisz, laleczko, czy już całują cię diabełki swoimi usmolonymi od podziemnych oparów usteczkami, The Hell Club, strefa VIP? Tak, ona tylko tam pasowała, żeby pąsowy aksamit subtelnie podgrzewanych (może być przy użyciu całych tych kotłów i siarki) szezlongów pieścił jej kościste, wystepne kolanka, żeby dalej ten złowieszczy uśmieszek wykrzywiał jej kąciki ust, to stamtąd pochodziło, to i wszystkie inne jej minki szatańsko-lalczyne. — O Jezu — powiedział Raphael, wstępując razem ze swoim kotkiem w progi living roomu. — Sophie, to jest ten, co chciał być lepszą wersją Dylana? — Yhy — potwierdziła. — Mój dobry przyjaciel, mieliśmy razem umierać, chuj jebany, nie uprzedził… —załkała histerycznie, nastroje zmieniała siedemnaście razy częściej niż normalny człowiek. — A ta tutaj, brunetka, kiedyś musiała być ładna, co? — dodał Raphael spontanicznie, a Sophie w tym momencie nastawiła się do niego wyraźnie negatywnie. — Ładna, ładna, to jest suka, co mi podpierdoliła faceta. Z Nowego Jorku, wyra-kurwa-finowana. Patrz, ona na mnie się gapi, ja się jej boję, Raphael! — chwyciła go za ramię. — Nie na ciebie, tylko na ten brudny sufit, zresztą okropnie głupie z jej strony — ucałował ją w krągłą szyjkę, mogłaby już skończyć te sceny wobec oczywistego strachu i dezorientacji tamtej pięknej Latynoski. Chyba jeszcze nie przyszło mu do głowy, że akurat tego wariackiego czegoś, tej antytezy równowagi psychicznej, zerkającego spod rzęs subtelnego obłąkania… tego ona nigdy nie udaje. — Przepraszam, że mój sufit nie odpowiada wygórowanym… — zaczęła jadowicie Catalina, ale wtedy do mieszkania wparowali z łoskotem Nina (krzywo pozapinana i w domowych pantoflach) i Ralph (z nowym krawatem w ciapki). Sophie nadal stała jak zahipnotyzowana, sprawdzając, czy oczy Mi na pewno się nie ruszają, ale i Raphael, i Cat doskoczyli do holu, żeby określić źródło hałasu. Skończyło się na tym, że Nina od razu rzuciła się utulić tę świeżą wdowę po własnym synku (zły pomysł: o ile na razie Catalina trzymała się całkiem nieźle i pewnie podratowałaby ją jakaś mała kłótnia z Raphaelem, o tyle teraz, pod wpływem pudrowego zapachu i czułych ramion Niny, ogarnęła ją straszna litość nad samą sobą), Ralph zaś zmierzył ponurym wzrokiem jedyną występującą w tym mieszkaniu męską konkurencję dla jego uroku osobistego. Signe oddał mu to ciężkie spojrzenie spod mocno zarysowanych, ciemnych brwi: biedny Ralphie wraz ze swoim jasnym kolorytem musiał uznać przewagę nowo przybyłego. Poprawił krawat, aby mimo wszystko dodać sobie animuszu, po czym postanowił zajrzeć do salonu. I to nie skończyło się dobrze. Nie, Raphael nie mógł długo znieść tych wszystkich popieprzonych ludzi w jednym małym mieszkanku, bo chociaż Nina uciszyła już jęczącą Catalinę i całkiem sprawnie ocuciła Ralpha, wciąż panował tu jakiś niesamowity burdel, nikt nic nie rozumiał, wszyscy gadali o czymś innym, no i ponad jego siły było przekonanie Sophie, że Mi serio już nie żyje. Bez słowa zaciągnął ją więc z powrotem do samochodu i odjechali z piskiem opon. Chwilę zajęło jej otrząsanie się z szoku, ale kiedy wjeżdżał do garażu, już zaczęła się do niego czulić, głaskać go po wewnętrznej stronie uda, prowadzić język naokoło jego ucha. — Jezu, Soph, daj mi zaparkować — jęknął rozpaczliwie. Nie przestawała. — I wiesz, nie żebym miał coś przeciwko, ale twój przyjaciel umarł, a ty chcesz seksu? Spojrzała na niego ze zdumieniem w oczach. Wykorzystał fakt, że na moment się od niego odczepiła, i wreszcie ustawił równo ten samochód, uff, jego nowiutkie śliczne dziecko. — A jak nie będziemy się kochać, to co, on zmartwychwstanie? Ej, jesteś drobnomieszczański! Ze zdumieniem skonstatował, że rzeczywiście. Właśnie w tym momencie ostatecznie go podbiła, tą swoją pogardą dla norm obyczajowych; zawsze uważał, że to on ma je gdzieś, a teraz ona mu pokazała… Bawiła go, pożądał jej, a teraz zaczął ją też podziwiać. Czy można było nie chcieć być z nią do końca życia? — Ależ ja cię potwornie uwielbiam — wyznał jej spontanicznie. Nic nie powiedziała, pocałowała go tylko, oczywiście mieli potem szalenie dobrą noc: och, naprawdę chciał mieć z nią wspólne wnuki. Pogrzeb odbył się we wtorek. Ralph w ciemnych szarościach (o dziwo, czarnego garnituru nie miał) stał, otępiały tak, że niemal nieprzytomny, wsparty na Ninie, która ze złością myślała, że nie jest żadną pierdoloną babcią, że już ją rzuciło wyrodne dzieciątko Soph, nie weźmie na swe barki kolejnej sierotki. Ale jednocześnie głupio było jej wywalić teraz Ralpha ze swoich ciepłych, choćby pozornie, ramionek; naprawdę nabrała matczynych cech przez te ostatnie katastrofalne tygodnie i jeśli by sądziła, że potrafi je z siebie wyrzucić, przez wszystkie kolejne lata permanentnie nienawidziłaby sama siebie; jej macierzyńska część cierpiałaby, gdyby odmówiła komuś pomocy, a gdyby z kolei jej udzieliła, wrzeszczałaby część dążąca do samowyzwolenia. Na szczęście była jednak zbyt inteligentna na nieświadomość co do zmiany, jakiej zostały poddane jej kolorowe rebusy pod rudą grzywą. Wiedziała też, że musi coś z nimi zrobić, żeby nie czuć się podle przez całe życie — nie miała tylko pojęcia, na co się zdecydować. Jedno było pewne — szybka śmierć odpadała, po tej dwójce to byłoby już komiczne. Ponieważ w naturze nic nie ginie, z chwilą, gdy Nina zaczęła serio przejmować się problemami tych swoich poopuszczanych, ponadgryzanych przez straszne życie szczeniaczków, Catalina postanowiła się zamrozić. Stała teraz wyprostowana, godna i piękna nad tą przerażającą dziurą w ziemi (ostatnią przysługą dla swojego deadboya było załatwienie i jemu, i Mi katolickiego pogrzebu; ksiądz oczywiście nie wierzył w wersję przypadkowego połknięcia trutki na szczury, ale za bardzo ślinił się na widok biustu i nóg Cat, żeby odmówić). Bardzo chciała niczego nie czuć. Zakończył się w jej smutnym jak dotąd życiu okres poświęcenia, mówiła sobie; przyszedł czas, który spędzi na malowaniu paznokci krwią wszystkich uwielbiających ją niewinnych duszyczek. Nie, jeszcze nie dorosła w swych okrutnych wizjach do poziomu nimfiej, od zawsze złej Mary, ale jakie uczucia mogły się w niej zachować, jeśli planowała zahibernować w sobie wszelką dobroć, czułość i troskliwość? (Bycie maszyną, przypomniała sobie, nie wyszło jej jeszcze na minus.) Po południu odlatywała z Los Angeles związać się z nową agencją. Nigdy już nie miała tutaj wrócić. Sophie uwielbiała pogrzeby. Teraz szlochała głośno, chwiejąc się na czerwieniach nowych, sponsorowanych czółenek od Louboutina i wskutek tego co chwilę opierała się na ramieniu Raphaela, nie dlatego, żeby naprawdę było jej smutno, tylko dlatego, że przyjemnie było robić takie śliczne widowisko. W ogóle czuła się dobrze, dziwka Mi ukarana, no smutno, że biedny Jimmy, ale w końcu nigdzie nie mogło mu być gorzej niż w tym minionym już ziemskim piekiełku. A ona teraz była Muzą Artysty i miała z nim zamieszkać już na zawsze, jeszcze dziś brała swoje rzeczy od Niny. Co czuł zaś w tej chwili nowy opiekun i mecenas jej urody? Cóż, zachwycała go jej teatralna ekspresja; teraz już uwielbiał w niej dokładnie wszystko, nawet przychodził mu do głowy jakiś straszny Nabokov, o wywracaniu jej na drugą stronę i całowaniu tego, co miała w środku: wstążeczek jelit, ślicznych okrągłych nereczek, wreszcie samego serduszka. Miłość! Sophie z walizkami już poszła, Catalina odleciała, Mi i Jimmy spali sobie. No, został jej jeszcze jeden duch. Nina posadziła Ralpha na stołku w kuchni, a potem pochwyciła za klapy marynarki i porządnie potrząsnęła. Wbił w nią szklany wzrok kogoś, kto ma IQ 70 i nie rozumie, za co się go bije. — Ralphie. No i jak ja mam cię obudzić? — westchnęła, zrezygnowana. — Wódką — podpowiedział jakimś głosem z krypty, dziesięć pięter pod ziemią przy ciałku ukochanej. Nina zastanowiła się. Nie chciała go rozpijać, może z tego szoku przeszedłby mu alkoholizm, ale lepiej, żeby nadal pił, niż żeby ta chora śpiączka miała trwać wiecznie. Postawiła mu na stole pustą w trzech czwartych (żeby się jednak nie urżnął) butelkę, dorzuciła kieliszek (niech sam sobie naleje, sam coś zrobi), a potem ciężko westchnęła i poszła do łazienki, by przystąpić do realizacji swojego nowego, przesmutnego planu. Kiedy Ralph, wyglądający już trochę bardziej przytomnie, choć nadal żałośnie, wylewał z butelki ostatnie krople, ponownie stanęła w drzwiach kuchni, a on zagapił się na nią z szeroko otwartymi ustami. To była nowa Nina. Miała fryzurę, która nie mierzyła dziesięciu centymetrów wzwyż, zastąpiły ją proste włosy do łopatek, ale tak zupełnie najgorszy był w nich kolor — zwykły brąz. Wyglądała jak całkiem obca dziewczyna, ciągle urocza, bo ten spiczasty podbródek i ogromne szare oczy pozostały identyczne, ale mimo to obca, obca! I jeszcze ten jej czarny kostium, jakieś Wall Street — nie, tego już było za wiele. — Jezu, ty nie jesteś Niną Friedman — tylko tyle zdołał z siebie wykrztusić. — Jak ci Nina nie pasuje, na drugie mam Elise. Ralph, myśmy sobie coś przecież obiecywali wtedy w maju, pamiętasz, leżałeś na materacu, Deconstruction grało, Jimmy świrował, że odkrył zasady działania świata… Pomyślał o tym, miał ściśnięte gardło. Ona była jakąś pieprzoną wieszczką, wszystko to, co wtedy powiedziała, się pospełniało. Mi jej przepowiednia nie objęła, więc została bezlitośnie uśmiercona, Jimmy zginął, bo ośmielił się podważać tę wizję. Jakaż ona była piekielnie groźna, ta Nina. — Nie patrz na mnie, jakbym była Bogiem — rzuciła, lekko ją zdenerwował tym wgapianiem się w jej włosy. (Zaraz poczuła się uszczęśliwiona faktem, że już jej nie rozczulał, jakby z nową fryzurą wrócił jej stary charakter, niemamuśkowaty, niesklejający się w uściskach, żeby pocieszać, tylko zawsze trochę na z góry, w oddali, zawsze trochę z ironią — cudo, cudo! A może miała osobowość wieloraką?) — Nie no, Boga nie ma. Ale ty masz jakąś piekielną moc sprawczą, Nina, zostań medium czy czymś… Wywróciła oczami. — Mylisz pojęcia. Wkurzyło mnie to teraz, bo stałam się logiczna — powiedziała to, żeby przekonać do tego siebie samą. Logiczna, szybka, robiąca użytek z tego swojego niebotycznego ilorazu, taka jest i będzie. — Ale jeśli naprawdę jesteś takim moim wyznawcą, pamiętaj, tobie opowiedziałam o Europie. Ostatni przedszkolak, którego trzeba było się pozbyć. Dopiero potem będzie wolna. On tam pojedzie, nie ma obawy, teraz, nawrócony na friedmanizm (swoją drogą, jak wyśmienicie jej poszło tamto nocne gadanie, majstersztyk!), w nadziei na szczęście już zaraz będzie się żegnał, już będzie wracał do domu rezerwować bilety do Heathrow. No, leć już, Ralphie, leć i pozwól mi zacząć całkiem nowe wszystko. Ale nie poszło jej aż tak zupełnie łatwo. — Jezus, Nina, myśmy poumierali — wykrztusił jeszcze ostatnią refleksję Ralph, myśląc, co stało się z nimi wszystkimi, że koniec wszelkiej dekadencji, że jedna biznes, druga modeling, trzecia sponsoring… — No, Ralphie, bez dramatyzowania. Myśmy nie poumierali, myśmy poprzechodzili na wyższy poziom. — Co, nawet Jimmy i Mi? — zapytał ze złością. Zaśmiała się w pięknym, szyderczym, potwornie ostatnim swoim manifeście nihilizmu. — Ej, no przecież. Jimmy i Mi najbardziej. california is waiting for you
|